Ostatnio czytałam na jakimś blogu wypowiedź człowieka, który stwierdził, że zrobiłby wszystko, żeby pracować w korporacji. To nic, że pracuje się po 12 godzin, on takiej pracy bardzo pragnie.

Od razu włączyła mi się moja czerwona lampka, tak już mam w niektórych przypadkach. Oczywiście, życzę temu Panu, aby zdobył upragnioną pracę ale przecież w pracy w korporacji nie chodzi o dwunastogodzinny dzień pracy. Kto pracuje w korporacji, ten rozumie, co mam na myśli.

Wypowiedź ta zainspirowała mnie jednak do innych przemyśleń. Nie raz pracowałam te 12 godzin z żołądkiem przylepionym do kręgosłupa. Potem pojawiły się dzieci i mój żołądek zaczął pracować bardziej komfortowo. Jako urodzony analityk, zaczęłam się zastanawiać: DLACZEGO?

Dlaczego mój żołądek miał lepsze warunki pracy, kiedy miałam więcej obowiązków, czyli, paradoksalnie, mniej czasu na własne potrzeby?

Odkryłam wtedy, że w jedzeniu nie chodzi o to, aby zamknąć buzię serenadzie żołądkowej ale o to, aby odżywiać się zdrowo.

Każda matka dba o właściwe sposoby żywienia swojego dziecka.

Dlaczego stosujemy inne zasady, kiedy myślimy o sobie?

Oczywiście są osoby, które kładą wielki nacisk na właściwe żywienie, bez względu na czas, jaki posiadają. Czas jest jednak zasobem nieodnawialnym i ograniczonym, co powoduje, że musimy nim właściwie zarządzać, począwszy od umycia rąk, po napisanie eseju 😉

Każdy ma swoje priorytety. Kobiety, jako osoby o dużym zasobie empatii i uczuć związanych z rodziną, zwykle kładą nacisk na wyżywienie całej rodziny, pozostawiając siebie na koniec a na końcu zwykle już nie ma czasu na nic. To, niestety, w dłuższym okresie czasu może mieć daleko idące konsekwencje.

Jak więc się to stało, że nagle zaczęłam inaczej zarządzać czasem, którego z dnia na dzień miałam coraz mniej?

Inspiracją dla zmiany organizacji mojego życia była postawa Napoleona Bonaparte wobec ilości obowiązków, jakie posiadał.

Podzielność uwagi i wykonywanie paru czynności w jednym czasie są kluczem, otwierającym drzwi do zachowania prawidłowego bilansu życiowego. Odkąd nie miałam już czasu na wypicie kubka herbaty na kanapie, moje myślenie znacznie się zmieniło.

Dla mojej rodziny muszę również zadbać o to, żeby mój organizm pracował na najwyższych obrotach a nie będzie tak pracować, jeżeli nie stanę się Napoleonką 🙂

Powstaje pytanie: czy praca w korporacjach musi zabijać zasady zdrowego żywienia?

Odpowiedź nie jest taka łatwa. Korporacja ma wiele cech, które znacznie utrudniają dbanie o siebie.

Praca na froncie wymaga dostosowania do oczekiwań klientów a co za tym idzie, czasami jest okazja na poświęcenie trochę czasu na rzecz drugiego śniadania, a czasami trzeba odłożyć tę czynność na później… Znacznie później…

Jak więc sobie poradzić w takich warunkach?

Kto nie przypomina sobie zdania mamy z czasów dzieciństwa: „Zjedz śniadanie!”?

Dziś, po latach, muszę przyznać: „Mamo, miałaś rację.” 🙂

Jestem z tych Tadków – Niejadków i śniadanie zawsze było dla mnie nieprzyjemnym obowiązkiem do czasu, kiedy jako osoba dorosła z niego po prostu zrezygnowałam i jadłam pierwszy posiłek dopiero ok. godziny 12:00 (jeżeli była sposobność).

Po latach wiem, że mama miała rację. Zjedzenie śniadania to zadanie, które pomaga efektywnie pracować przez większą część dnia. To bardzo ważny posiłek.

Jak więc sobie poradzić z tym zadaniem w obliczu braku czasu?

Mój poranek wygląda zwykle tak: najpierw toaleta, ubranie, następnie śniadanie dla dzieci i męża, dzieci do przedszkola i odpalam do pracy, bo czas nagli.

Matka w pośpiechu

Pewnie niewielu mężczyzn wykorzysta to rozwiązanie, nawet takich, którzy są prawdziwymi partnerami (mam szczęście mieć takiego męża).

JAKO MATKA DOJADAM PO DZIECIACH 🙂

Jest to przecież jedzenie bogate w wartości odżywcze, zdrowe i szkoda wyrzucić do kosza. Moim dzieciom zawdzięczam więc dobre śniadanie. Już nie mogę się doczekać dnia, kiedy to oni je przygotują sami ale do tego czasu jeszcze trochę wody w rzece upłynie.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy maluchy mają entuzjastyczne podejście do śniadania i niewiele już zostaje dla mamy… Ale i na to mam radę. Przygotowując śniadanie dla męża, robię parę kanapek dla siebie na wynos i zjadam w drodze do pracy.

Znów ukłony dla pana Bonaparte. Kto do pracy dojeżdża samochodem, pewnie zna możliwe „zapychacze” czasu. To jest cenny dla mojego organizmu „zapychacz” 🙂

Po zjedzeniu kanapki nie obędzie się bez popitki 😉

Nauczyłam się przywiązywać dużą wagę do ilości wypijanych płynów, z uwagi na problemy z nerkami. Jestem idealnie wyszkolona. Mam to zadanie tak zapisane w głowie, że w każdej chwili mogę Ci powiedzieć, ile wypiłam w ciągu dnia. Może dla niektórych jest to śmieszne ale pamiętaj:

Ty też masz nerki, więc o nie dbaj!

Zawsze mam swoją butelczynę w zapasiku w samochodzie i jako pracujący „szwędacz”, stale z niej korzystam. Tym sposobem pracuję przez cały dzień, pozostając ze zdrowiem w przyjacielskich stosunkach.

Jakie są Twoje metody na zapewnienie organizmowi odpowiedniej ilości pożywienia, bez większej ingerencji w czas?

Opowiedz mi o tym.

Pozdrawiam.

Sabina